Hajnówka - Niezależny Portal Internetowy

Piłka nożna

Kultura i sztuka / Cos dla duszy
Data: 27 Lis 2004 - 07:17
Opowiadanie Miry Łukszy, pisarki białoruskiej, w tłumaczeniu Natalii Gierasimiuk


Lało. Deszcz był rzęsisty, ostry, zbyt zimny jak na tę majową porę roku. Ten deszcz właśnie rozgonił niemal wszystkich klientów z kawiarni w centrum, gdzie właściciel, w trosce o dobro klienta, porozstawiał parasole nad ławkami i długimi stołami, pod oknami swojej kawiarenki. W pogodne dni często przesiadywali tu profesjonalni artyści, których obrazy kurzyły się na pasażu, oparte o murek (amatorów przegonili na drugą stronę ulicy), agenci ubezpieczeniowi, politycy z prawa i z lewa (ostatnich było trochę mniej), pismaki różnego kalibru, krytycy i redaktorzy. Od czasu do czasu przychodziły tu osoby o nietypowych poglądach seksualnych, hałaśliwi policjanci, były żołnierz z Bośni, wiecznie z czegoś niezadowolony gruby detektyw- gaduła... Gdy wchodziła kobietka z dzieckiem albo nauczycielki z jakiejś konferencji, było to wydarzenie, wręcz cud. Gdy pada, zachodzi tu każdy...
Z mokrą twarzą, w przemokniętej czerwonej kurteczce, rzuciłam się w znajomy kącik kawiarenki, skąd wszystko widać. Siedzi się tam jak u Pana Boga za piecem – sączysz sok czy piwo i obserwujesz ten cały zwierzyniec. Gorzej, gdy zechce ci się szklankę gorącej herbaty. Wówczas przyniosą maciupeńką filiżaneczkę, w której z trudem się mieści herbaciana torebka. Wleją wody z pół naparstka.. Do tego jeszcze na talerzyku plasterek cytryny i kostka albo dwie cukru.
— Czy mogę prosić o większy kubek? – zapytałam młodą kelnerkę, która jest nowa, ale już zna mnie z imienia. – Chce mi się pić, lubię gorącą herbatę.
— Nie wolno.
— A czemuż to?
— Bo mamy tylko takie filiżanki.
— To wlejcie do kufla na piwo.
— Pęknie.
— A czy macie zwykłą szklankę.”
— Nie mamy. Nie mamy takiego zwyczaju...
— To może do grubej szklanki do whisky? Może nie pęknie. A jak pęknie, to zapłacę za tę przyjemność.
Panienka wzruszyła ramionami, jakby dostała jakąś bezsensowną propozycję albo ktoś namawiał ją do grzechu, lecz przyniosła napój i podstawiła mi pod nosem.
— Widzę, że wody jest dwa razy więcej, niż w znanej filiżance, pewnie i płacić trzeba będzie podwójnie! – kiwnęłam w stronę ciemnowłosego pana z wąsikiem, znanego z tego, że pracował nad szyldem bernardyńczyka. Znałam go, bo kiedyś jako pierwszy odezwał się do mnie po białorusku.
—Trzeba się ubezpieczyć! – rzucił hasło.
— Już się ubezpieczyłam!
Siorbnęłam gorącego napoju, z którego jeszcze nie wyrzuciłam torebki, by naciągnęła więcej jeżeli nie aromatu, to bynajmniej koloru herbaty o nazwie „Tetly” (tak było napisane na papierowej zawieszce doczepionej do niteczki, co zwisała z boku graniastej szklanki). Jeszcze nie wiedziałam, że ubezpieczenie nie ubezpiecza – pomimo informacji, której udzielił mi bezzębny czarodziej, były muzyk (który częściej bywał w innej kawiarni). Czarodziej ów przepowiedział mi jeszcze tego lata złamanie nogi, palca i miednicy. Nie ubezpieczyłam się tak dokładnie, a za dwa miesiące posypały się na mnie nieszczęścia...
Zaczęło się od nóg. Nasza z Siliwonem pogawędka potoczyła się jednak nie na temat odrębnego ubezpieczenia moich, jakże kosztownych nóg, których zadaniem jest pokonywanie długich kilometrów w poszukiwaniu ciekawych tematów i ludzi, lecz na temat piłki nożnej. Przez otwarte drzwi wleciała nagle piłka, mokra i śliska, za nią wpadł chłopaczek, jeden z tych, co to usiłują zarobić parę groszy myciem szyb w samochodach zatrzymujących się w okolicy. Piłka, pobłądziwszy między stolikami, została wykopana na zewnątrz przez śniadą i podrapaną nogę młodzieńca.
Jedziemy do mojej wsi –zaproponował mi nagle agent ubezpieczeniowy.
Siadamy do „Łady” i jedziemy. Dziadek tam czeka. Zagramy z dziadkiem w nogę. Chcesz?
W nogę? Znaczy się, w piłkę nożną? Jestem cała przemoknięta. Muszę iść do
domu. Pan, panie Siliwonie, zdaje się, wypił za dużo. Dobrze się pije, gdy pada...
Też muszę iść do domu. Pij herbatę... Zrzucimy buty, spodnie, skoczymy
Na wygon... Dziadek Anop tym razem nie będzie się złościł, że gramy w butach, gdy o­n gra na bosaka. Albo krzyknie: „Ej, wy, miejscy gówniarze! Ja w waszym wieku owieczki po pastwisku ganiałem! Dokopać wam?”. Nasz dziadek strasznie „kosi”, oszukuje. Nie uznaje żadnych zasad! Fauluje!
Siliwon zamilkł. Panna Agnieszka postawiła przed nim kolejny kieliszek
„Absolutu”.
— A pański brat... Jarosław? To wasz dziadek Anop was obu „kosił” na wygonie?
Sad, wygon... Nie... Zapomniałem... Dwa tygodnie temu jechałem do dziadka,
przywiozłem mu trumnę z Sokółki... Zapomniałem, że dla niego wiozłem. Wskoczyłem do kuchni, wołam: „Dziadku, chodź!”. Wszyscy na mnie, jak na wariata. Dokąd iść? Dziadek Anop w dużym pokoju na ławie leży, wyciągnął się cały. Garnitur na nim nowy, nie noszony. Lakierki. Gdzie tu iść!
Siliwon jednym tchem łyknął setkę wódki. Parę kropli spłynęło po brodzie. Zakrztusił się, zakaszlał. Wszyscy patrzyli na nas.
— Dokąd iść!
Nie na nas, patrzyli na niego, na jego mokrą twarz. Siliwon mówił po swojemu. Po prostu. Błysnęły okulary znanego polityka przy prawym stoliku. Siliwon zakrztusił się po raz kolejny, zakaszlał się i wybiegł na deszcz.
— Jeszcze tu wróci! – rzuciłam kelnerce, zaniepokojonej, jak mi się zdawało. — — Wiemy, że wróci. – panna Agnieszka potrząsnęła utlenionymi lokami.
Do mojego stolika dosiadł się rudy malarz. W rudej włochatej dłoni trzymał maleńką szklaneczkę z popularnym „gorącym psem”. Artur wpatrywał się w moją twarz, mokrą od łez.
— Twój malarz – twój lekarz, moje ty lustereczko.


Przełożyła Natalia Gierasimiuk




Artykul ze strony Hajnówka - Niezależny Portal Internetowy
http://pudelka.hajnowka.com.pl/

Adres WWW tego artykulu to:
http://pudelka.hajnowka.com.pl/modules.php?op=modload&name=News&file=article&sid=178

Fatal error: Call to a member function Execute() on a non-object in /includes/pnSession.php on line 401